Nie wiem czy udałoby mi się doliczyć ile razy próbowałam coś na pisać od kiedy nastał 2013 rok... ale w końcu motywacja jest do zmian, okres świąteczno-urodzinowo-imieninowy też już zakończony, wiec można porządnie zabrać się za to co już dawno powinno być realizowane.
Na dzień dobry powrót córy marnotrawnej pod opiekę endokrynologa, żeby gospodarka hormonalna w końcu zaczęła pracować tak jak powinna - bez tego to i na samej sałacie daleko nie zajadę.
Następny w kolejce będzie dermatolog i jeszcze kilka innych białych fartuchów. ;)
Nowością będzie zmiana podejścia. Zero wielkich obietnic dla samej siebie, które z czasem zawsze przeradzały się w ściemy i udawanie. Teraz? Małe kroczki i drobne cele prowadzące do tego jednego upragnionego. Może to przyniesie lepszy rezultat?
Przy okazji ostatnich naprawdę szczerych rozmów ze znajomymi na temat odwiecznego odchudzania, silnej woli lub jej braku i całej reszcie naszło mnie na mocne zastanowienie się nad sobą i tym co ja do cholery wyprawiam z własnym życiem?! NAJBARDZIEJ przeraziło mnie jedno, co teoretycznie od razu spisuje moje próby i wysiłki na marne: ciężko mi o uwzględnienie jakiejkolwiek motywacji na tyle silnej by mnie utrzymała przy działaniach wystarczająco długo. Straszne.
Jednak nie widzę opcji pod tytułem: "Poddaję się!". Wolę próbować po raz enty, ale jednak zawsze. Nie godzę się na to by wyglądać tak już zawsze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz